Prolog

Pierwszy dzień podróży zaczął się wspaniale. Zatrzymaliśmy się nieco po południu w „Gospodzie pod Startym Kurzem”. Niestety chwytliwa nazwa, wymyślona przez oberżystę zapewne w przypływie iskry geniuszu, oddawała stan raczej przeciwny rzeczywistości. Nie zraziło mnie to jednak, aby nie spróbować swych sił w maratonie jedzenia lokalnej potrawy – świńskich nóżek w galarecie z budyniem. Co prawda miałem pewien uraz do budyniu. Kilka dni temu starano się otruć moją książęcą osobę (tak, jestem księciem!) budyniem truskawkowym. Niestety ciężko było przekonać mnie, że pulsująca fioletowo-zielonkawa maź to najnowszy krzyk kuchni tropikalnej w dziedzinie produkcji budyniu truskawkowego.


Ale co mi tam - i tak zjadłem nie płacąc 11 nóżek, pobijając dotychczasowy rekord krasnoludki Gruminy. Na tablicy wyników oberżysta wypisał kredą moje fałszywe imię – Niths. Zapożyczyłem je od takiego jednego wagabundy, moczymordy i cwaniaka wałęsającego się zwykle w okolicach mojego byłego już zamku - ostrożności nigdy za wiele, wciąż mogą mnie ścigać. Po tym krótkim postoju ruszyliśmy dalej w drogę.