Dzień 3, W odwiedzinach u Raedrica

O lordzie Radericu usłyszeliśmy w ciągu jednego dnia więcej opowieści niż o Rycerzach Seledynowej Pałki. Postanowiliśmy złożyć mu wizytę. Ktoś oczywiście mógłby uznać, że odwiedzanie pana krainy dzień po tym, jak jego żona wydała na świat bezduszne dziecię, jest kiepskim pomysłem. Nie myliłby się.

Niedaleko od wrót potężnego zamku, jeszcze w dziczy, spotkaliśmy mężczyznę. Nim zdążyłem zapytać co on za jeden, a jegomość zaczął błagać nas, byśmy pomogli mu zgładzić tyrana i szaleńca, jakimże w jego oczach był lord krainy. Ani chybi jakiś krewny pomyślałem. Nie myliłem się. Był to Kolsc, kuzyn lorda. Odpowiedziałem mu, że chcieliśmy tylko odwiedzić lorda, zasięgnąć języka i ukoić słowem jego starganą duszę. Aloth od razu się wtrącił kąśliwą uwagę o naszych niedawnych sukcesach w pokojowym rozwiązywaniu sporów. Eder stał cicho z boku z rozmarzonym wyrazem twarzy, kontemplując propozycję Kolsca. Zgodziliśmy się, ostatecznie pomożemy wielkiemu rodowi szlacheckiemu w utrzymaniu zdrowych relacji rodzinnych, poprzez zastosowanie tradycyjnej i cieszącej się niegasnącą popularnością metody sukcesji władzy. Kuzyn lorda się ulotnił. Jakoś umknęło mojej uwadze kilka dość logicznych pytań które mogłem mu zadać, powiedzmy na przykład: "A jak do ciężkiej cholery trójka osób ma wziąć szturmem ogromny zamek?", "Dlaczego nie zrobisz tego sam, zapewne stać cię na porządny oddział?" lub "A co będę z tego miał?"

Zamek był ogromny. Przed masywnym, zwodzonym mostem stała dwójka strażników. Od razu wyskoczyli z pyskiem że mamy zawracać, bo zginiemy i że jeśli chcemy... no i tu nie dokończyli zdania, gdyż jest to niezwykle trudne z nożem wbitym w gardło. Poszło łatwo, zbyt łatwo. Coś mnie tknęło, żeby przyjrzeć się im bliżej, zwłaszcza że nikt nie ruszył na pomoc denatom. Jeden wyglądał na dobre 80 lat. Był wysoki i przysadzisty a kępki siwych włosów wystawały spod hełmu. Drugi natomiast był chudy jak patyk i niski, i też wyglądał na 80 lat. Tylko że bez zera na końcu. Przeszukałem kieszenie i znalazłem to, czego szukałem. Niewielki zwój papieru, na którym niezgrabnie narysowany był nagi wojownik, okraszony wokół następującym tekstem: "Strażochrona *Spartaktur* "Twoje mienie, nasze zmartwienie"". Uśmiechnęliśmy się do siebie w ten złowieszczy, groteskowy sposób, zarezerwowany wyłącznie dla demonów z najgłębszych odmętów piekieł. Ruszyliśmy na rzeź.

Następnie zawróciliśmy aby przemyśleć sprawę wdarcia się na plac główny, na którym stacjonowało z 40 ludzi. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że wszyscy mieli kosy, to znaczy byli uzbrojeni. Obeszliśmy zamek dookoła i znaleźliśmy starą przerdzewiałą kratę w murach, przez którą dostaliśmy się do lochów. A potem była krew. Morze krwi, aż w bitewnym szale dobrnęliśmy do sali, w której na tronie siedział lord Raedrick, otoczony swoją świtą. Chciał rozmawiać i bredził coś od rzeczy, ale ja słyszałem tylko "Zabij mnie Niths, proszę zabij mnie, nie chcę już żyć" - co też sprawnie uczyliliśmy przy użyciu techniki nr 19 "Nie przejdziesz, chyba że przejdziesz", o której będzie jeszcze mowa. Ledwo Raedrick padł, a w drzwiach stał już Kolsc z całą bandą popleczników gotowych spijać bąbelki z uwarzonego przez nas piwa zwycięstwa. Podziękował wylewnie za pomoc, zapłacił, a my ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Dzień 2, w wiosce

Spotkałem rodaka! Maga o imieniu Aloth. Kłócił się z grupką mieszkańców więc ruszyłem mu z pomocą. Niestety sytuacji nie udało się złagodzić i doszło do rękoczynów. Bardzo starałem się ogłuszyć pijanych napastników, nie robiąc im zbytniej krzywdy. I teraz złota porada: nigdy nie róbcie tego przy użyciu ostrego końca noża, będziecie sfrustrowani brakiem pozytywnych rezultatów. Postanowiliśmy na ten czas trzymać się razem. Bogowie wiedzą co jeszcze nas spotka na tej przeklętej ziemi.

Zgarnęliśmy po drodze jeszcze wojownika, Edera i udaliśmy się w kierunku ruin świątyni. Nie pytajcie mnie dlaczego i w jakim celu, a jak musicie: głosy mnie tam zaprowadziły! I kto teraz jest szalony, hę?

Wewnątrz napotkaliśmy osobnika, błagającego nas o pomoc w dość dziwnej sprawie. Chciał odzyskać pozostałości po kapłanach, którzy zostali zabici w świątyni. Jeśli koleś chce mieć w domu stertę starych ludzkich kości, nic mi do tego, zwłaszcza jeśli dobrze płaci. Zgodziliśmy się i ruszyliśmy na obchód świątyni. Ach i tak, jego imię nie jest ważne, wkrótce umrze.

Jak na opuszczony, zapieczętowany i zrujnowany budynek wręcz roiło się w nim od życia. Życia, które najpierw umarło, a potem bardzo wkurzone tym faktem wstało i postanowiło swoją złość i frustrację wyładować, niekiedy dosłownie (pozdrowienia dla Ogników), na podróżnikach. Na szczęście był to idealny czas na zastosowanie kilku trików z książki sierżanta Runfighta: "Bronią i Pomyślunkiem: 1001 sposobów jak wyjść cało z walki z nowymi butami". Udało mi się namówić współtowarzyszy na zastosowanie techniki nr 12: "Chyże, gorące stopy". Na czym ona polegała zapytacie? Wymagała współpracy przynajmniej dwóch osób: maga i no... powiedzmy naganiacza, choć autor miał na myśli "jakiegokolwiek, psia mać, frajera z drużyny uda ci się namówić". Zadanie fraje eee... naganiacza polegało na zwróceniu na siebie uwagi niemilców i daniu nura za najbliższy załom lub drzwi. Mag w tym czasie rozgrzewał dłonie inkantując zaklęcie, które miało dosięgnąć biegnących za naszym towarzyszem przeciwników. Jeśli oczywiście wszystko poszło dobrze. W razie jakichkolwiek komplikacji sierżant polecał mieć pod ręką słoiczek kremu na poparzenia oraz krepinę i klej - według niego tanio i dobrze maskują wypalone owłosienie. Głównym wykonawcą był Eder. O dziwo dał się namówić darmowym, popołudniowym obiadem. Drugim wykonawcą był Aloth - go nie trzeba było namawiać. W taki oto sposób wysłaliśmy trupy drugi raz do grobu, odkrywając przy okazji smutną historię tego miejsca. Pan tej krainy, lord Raderic ma bardziej niepokolei w głowie niż ja. Ach i tak, wracając zabiliśmy tego jegomościa, który chciał odzyskać kości kapłanów - wyszło, że to on skazał ich na ten los. Trupy mi tak powiedziały. Jeśli naprawdę musicie wiedzieć, na imię miał Wirtan.

Dzień 2, w południe

Po długiej drodze dotarłem do osady o nazwie "Gilded Vale". Nareszcie! Zjem coś w karczmie, porozmawiam z mieszkańcami, może jak mi się spodoba postanowię... o... o żesz w...

Trochę mnie zdziwiło, że nikogo nie widzę po wejściu do wioski. Ktoś postanowił, że niezwykle dobrym pomysłem jest usadowienie pokaźniej części mieszkańców na drzewie. Preferował przy tym metodę "sznurkiem za szyję". Stałem tak chwilę i poczułem się trochę raźniej. Nie zrozumcie mnie źle, nie dlatego, że pochwalałem ten typ postępowania. Poczułem się raźniej, bo w ciągu dwóch dni mojej wędrówki, spotkałem więcej oznak nieokrzesanego, bezmyślnego szaleństwa niż w ciągu całego mojego dotychczasowego życia. Głosy w głowie? Pewnie to tutaj każdy ma jak szczury w piwnicy czy trupa pod obornikiem.

Po chwili pojawił się jakiś ważniak z obstawą i zaczął zadawać dziwne pytania. Przedstawił się jako Urgeat. Był to typ człowieka, którego możesz albo natychmiast zabić albo powiedzieć mu to, co chce usłyszeć. Powiedziałem mu co chciał usłyszeć. Dał mi znać, że o zgodzie na osiedlenie się decyduje lord tutejszej krainy, ale aktualnie jest zajęty, jego żona spodziewa się dziecka. Muszę czekać do porodu. Hmmm, czym on tam taki zajęty? Będzie współrodził z nią? Nieważne, i tak straciłem apetyt nawet na najwspanialszy kawałek ziemi w tym regionie.

Ha! mam dziś szczęście i nieszczęście. Poród odbył się podczas naszej rozmowy! Oznajmiły o tym trzy dzwony, nie musiałbym czekać. Niestety nie był pomyślny. Znikam z tej smutnej wioski czym prędzej.

Dzień 2, w dziczy

Błąkam się po dziczy, starając się odnaleźć drogę do miasta. Zamiast tego odnalazłem grupkę bandytów. Obdartusy popełniły największy błąd swojego życia. Ich przedśmiertne konania zagłuszyły nieco odchodzącą w mojej głowie karczemną zabawę na 100 osób. Heh, okazało się, że w ich obozowisku znajduje się kucharz, będący ich zakładnikiem. Zaraz zaczął dziękować, że go uratowałem. Ale chwila, kto mu powiedział, że chciałem go ratować? Może i ja potrzebuję kucharza? Ha, teraz będziesz moim niewolnikiem! Gotuj mi tu zupę! - chciałem rzec, ale nim się obejrzałem gdzieś wyparował. Pewnie to był kolejny duch, jakich tu dziesiątki widuje.

Dalej się włóczę. Ciągle pada. Odnalazłem jaskinię w której mógłbym się ogrzać, ale po krótkich oględzinach okazało się, że zamieszkaną przez niedźwiedzie. I miałem takie dziwne uczucie, że już tu niedawno byłem, śmiało rzuciłem się do walki z nimi i zostałem powalony jednym uderzeniem wielkiej, włochatej łapy. Deja vu chyba skrybowie nazywają to uczucie, albo szybkowrót z przyszłości? Jakoś tak. Zresztą, przypomniałem sobie, słowa jednego wielkiego wojownika z krain północnych. Wiecie, górzyste zimne tereny, wszyscy chodzą w hełmach z rogami i takie tam. Nosił, o ilę się nie mylę, imię Ulfric. Ale mniejsza z tym. Twierdził, że w jego krainie niedźwiedzie są twardsze od samych smoków. Co prawda ciężko było mi w to uwierzyć, ale nie brzmiał jakby żartował.

Dzień 2, poranek


Czuje się, jakby w mojej głowie odchodził coroczny festyn. Ale mniejsza z tym, dzikusy to pikuś przy tym co zobaczyliśmy po wyjściu z jaskini. Jakaś banda religijnych szaleńców odstawiała szopkę na polanie. Kapłan ubrany w ciuszki, których nie powstydziłaby się niejedna kurtyzana z stancji „Różowy Rubin” pieprzył coś o jakiejś Pani, Kluczach i Drodze. To nic! Najlepsze było potem: trójka ślepo zapatrzonych w niego wyznawców, którzy pewnie zawczasu za ten wspaniały wykład zapłacili wypchanymi po brzegi sakwami, oddała hmm… swoje niebieskie jestestwo? czemuś co przypominało wielki młynek do kawy, albo moździerz w tym nowym krasnoludzkim swaghh stylu. Tak przy okazji to polecam topory w swaghh stylu, aż chce się rąbać takim cudeńkiem od świtu do zmierzchu!


A potem zdarzyło się coś, o czym wolę nie mówić. Fala ciepła rozgrzała moje ciało do granic bólu, padłem nieprzytomny. A potem ten sen. Był tam ten kaznodzieja za pięć sztuk złota. I rzeczywistość. Calisca i Heodan leżeli martwi i poskręcani jak myszka i kabel od laptopa w plecaku aj… słyszę głosy w mojej głowie. Czy to ty ciociu Helothgo?

Dzień 1, Powrót do obozu


Niestety w obozie czekał na nas komitet powitalny w postaci bandy dzikusów. Od razu można było poznać ich przywódcę: najwyższy, najgorszy wyraz twarzy, najlepszy strój… no i aby pozbyć się reszty wątpliwości kto tu rządzi trzymający Heodana, właściciela karawany za włosy z nożem przy gardle. Chce żebyśmy rzucili broń, inaczej zakładnik zginie. Spojrzałem wymownie po kolei na wszystkie trupy byłych uczestników karawany. Wiecie, ostatnimi czasy ludzie żądają ode mnie rzeczy, które nawet nie kłócą się z zdrowym rozsądkiem, tylko chwytają go za łeb i walą z pasją o ścianę – „Zjedz budyń, nic ci nie będzie”, „Wyskocz do lasu nocą po jagódki, wszystko będzie w porządku” „Rzuć broń. Nic a nic wam nie zrobimy”. Zaśmiałem się hersztowi bandy w twarz i powiedziałem, że jak bardzo chce to może sobie go zabić. To go zbiło z tropu i dało nam szansę na szybki atak. Zarżnęliśmy wszystkich. Heodan wyszedł z walki z życiem, chociaż mocno potłuczony.

Nie dane nam było odpocząć. Jeszcze krew dobrze nie ściekła z broni, a zerwał się porywisty wiatr. Nie był to zwykły wiatr, ten miał wszystko co każdy szanujący się wiatr mieć powinien – przelatujące pasy niebieskawej magii, złociste obłoki i siłę wyrywającą kamienie z korzeniami (lokalna atrakcja). Trzeba było wiać. Z przewodniczką, Calisca miała na imię tak przy okazji, wialiśmy bardzo sprawnie w kierunku niedalekiej jaskini. Heodan z drugiej strony się ociągał i spotkał go pech każdego prokrastynatora – dorwał go nie do końca martwy bandyta z nożem. Niestety byliśmy w sporej odległości od siebie, ale w przypływie bratniej miłości postanowiłem pomóc nieszczęśnikowi. W jaki sposób?  A co jest czerwone i szkodzi na zęby? - W tej okolicy kamień! Dobrze wymierzony kamień potrafi dorównać skutecznościom najpotężniejszym czarom, jak pisał wielki znawca tematu. Heodan był wolny, a my w ostatniej chwili wbiegliśmy do jaskini, której wejście zawaliło się z łoskotem za nami.  


I się zaczęło: „Słuchajcie, a może odpoczniemy”, „Hej ja dalej nie mogę, posiedźmy chwilę”. No chwila! Depcze nam po piętach banda lokalnych oszołomów a ten mięczak chce odpoczywać, bo jest trochę poobijany i ma przeciek w okolicy żołądka. Pff zgadnijcie kto miał problem z żołądkiem i już o nim zapomniał w ogniu walki? Facet zaczyna mi grać na nerwach. Ku mojemu zdziwieniu, Calisca zbeształa go z błotem za ten wspaniały pomysł nim zdążyłem się odezwać. Stanąłem tylko obok niej, założyłem ręce i zacząłem potakiwać. Ruszyliśmy w dalszą drogę.  

Dzień 1, Wieczór

Na kamienne kolumny świątyni wszystkich bogów! Dlaczego mnie tak żołądek boli? Przecież nie cierpię na chorobę wozomocyjną! A nawet jeśli to wziąłem profilaktycznie ametystomarin. Och… no tak, nóżki. Na szczęście jakieś przyjazne drzewo postanowiło zakończyć swój spokojny, leśny żywot przewracając się z łoskotem akurat w poprzek drogi, tarasując przejazd. Woźnica zarządził odpoczynek, a widząc mój stan wysłał mnie wraz z przewodniczką na poszukiwanie jagódek na moje dolegliwości. W dupę – ledwo się ruszam i jeszcze będę popierdalał nocą po lesie. No ale cóż, jak zginę to nikt za mną płakać nie będzie - jedna gęba do wyżywienia mniej a opłata za przewóz już pobrana.


Ruszyłem w las za przewodniczką. Po krótkiej chwili odnaleźliśmy jagódki. Postanowiliśmy podejść jeszcze do nieopodal płynącej rzeki (wbrew protestom mojego żołądka), gdzie jeden z naszych łowczych napełniał bukłaki wodą. Nie napełniał, pewnie wyskoczył w gąszcz za potrzebą – pomyślałem. Po chwili chwiejąc wyłonił się z lasu i padł na wznak. Byłem raczej pewien, że jego potrzebą nie była chęć przyozdobienia swojego tułowia ostrym końcem strzały. Moją zresztą też nie, więc ruszyłem na łucznika, który wychylił się zza drzewa. Co prawda szarża po linii prostej, dzierżąc w dłoniach dwa noże, na uzbrojonego w broń zasięgową przeciwnika nie brzmi jak dobry wybór strategii bitewnej. Jednak z nieoczekiwaną pomocą nadeszła moja aktualna dolegliwość: otóż szczęśliwym trafem szarżując zgiąłem się w bólu akurat w momencie, w którym mój przeciwnik wypuszczał strzałę. Ta przeleciała nade mną, a ja dwoma susami dopadłem osłupiałego łucznika. Sprawnym pchnięciem w kark wysłałem jego duszę na tamten świat. Odwróciwszy się, zauważyłem że przewodniczka pojedynkowała się z kolejnym bandytą. Dopadłem do niego akurat w momencie, w którym tamten słaniał się na nogach. Zignorował mnie, ale mojego noża wbitego w plecy już nie mógł zignorować. Chciałem krzyknąć „Kradzież zabicia!”, ale podejrzewam, że zagięło by to czasoprzestrzeń narracyjną tego kontinuum, więc powstrzymałem się przed tego typu osobistą wycieczką.  Wróciliśmy do obozu, nie przejmując się pozostawionymi nad rzeką trupami – wilki też coś muszą jeść.