Dzień 2, w wiosce

Spotkałem rodaka! Maga o imieniu Aloth. Kłócił się z grupką mieszkańców więc ruszyłem mu z pomocą. Niestety sytuacji nie udało się złagodzić i doszło do rękoczynów. Bardzo starałem się ogłuszyć pijanych napastników, nie robiąc im zbytniej krzywdy. I teraz złota porada: nigdy nie róbcie tego przy użyciu ostrego końca noża, będziecie sfrustrowani brakiem pozytywnych rezultatów. Postanowiliśmy na ten czas trzymać się razem. Bogowie wiedzą co jeszcze nas spotka na tej przeklętej ziemi.

Zgarnęliśmy po drodze jeszcze wojownika, Edera i udaliśmy się w kierunku ruin świątyni. Nie pytajcie mnie dlaczego i w jakim celu, a jak musicie: głosy mnie tam zaprowadziły! I kto teraz jest szalony, hę?

Wewnątrz napotkaliśmy osobnika, błagającego nas o pomoc w dość dziwnej sprawie. Chciał odzyskać pozostałości po kapłanach, którzy zostali zabici w świątyni. Jeśli koleś chce mieć w domu stertę starych ludzkich kości, nic mi do tego, zwłaszcza jeśli dobrze płaci. Zgodziliśmy się i ruszyliśmy na obchód świątyni. Ach i tak, jego imię nie jest ważne, wkrótce umrze.

Jak na opuszczony, zapieczętowany i zrujnowany budynek wręcz roiło się w nim od życia. Życia, które najpierw umarło, a potem bardzo wkurzone tym faktem wstało i postanowiło swoją złość i frustrację wyładować, niekiedy dosłownie (pozdrowienia dla Ogników), na podróżnikach. Na szczęście był to idealny czas na zastosowanie kilku trików z książki sierżanta Runfighta: "Bronią i Pomyślunkiem: 1001 sposobów jak wyjść cało z walki z nowymi butami". Udało mi się namówić współtowarzyszy na zastosowanie techniki nr 12: "Chyże, gorące stopy". Na czym ona polegała zapytacie? Wymagała współpracy przynajmniej dwóch osób: maga i no... powiedzmy naganiacza, choć autor miał na myśli "jakiegokolwiek, psia mać, frajera z drużyny uda ci się namówić". Zadanie fraje eee... naganiacza polegało na zwróceniu na siebie uwagi niemilców i daniu nura za najbliższy załom lub drzwi. Mag w tym czasie rozgrzewał dłonie inkantując zaklęcie, które miało dosięgnąć biegnących za naszym towarzyszem przeciwników. Jeśli oczywiście wszystko poszło dobrze. W razie jakichkolwiek komplikacji sierżant polecał mieć pod ręką słoiczek kremu na poparzenia oraz krepinę i klej - według niego tanio i dobrze maskują wypalone owłosienie. Głównym wykonawcą był Eder. O dziwo dał się namówić darmowym, popołudniowym obiadem. Drugim wykonawcą był Aloth - go nie trzeba było namawiać. W taki oto sposób wysłaliśmy trupy drugi raz do grobu, odkrywając przy okazji smutną historię tego miejsca. Pan tej krainy, lord Raderic ma bardziej niepokolei w głowie niż ja. Ach i tak, wracając zabiliśmy tego jegomościa, który chciał odzyskać kości kapłanów - wyszło, że to on skazał ich na ten los. Trupy mi tak powiedziały. Jeśli naprawdę musicie wiedzieć, na imię miał Wirtan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz