Po długiej drodze dotarłem do osady o nazwie "Gilded Vale". Nareszcie! Zjem coś w karczmie, porozmawiam z mieszkańcami, może jak mi się spodoba postanowię... o... o żesz w...
Trochę mnie zdziwiło, że nikogo nie widzę po wejściu do wioski. Ktoś postanowił, że niezwykle dobrym pomysłem jest usadowienie pokaźniej części mieszkańców na drzewie. Preferował przy tym metodę "sznurkiem za szyję". Stałem tak chwilę i poczułem się trochę raźniej. Nie zrozumcie mnie źle, nie dlatego, że pochwalałem ten typ postępowania. Poczułem się raźniej, bo w ciągu dwóch dni mojej wędrówki, spotkałem więcej oznak nieokrzesanego, bezmyślnego szaleństwa niż w ciągu całego mojego dotychczasowego życia. Głosy w głowie? Pewnie to tutaj każdy ma jak szczury w piwnicy czy trupa pod obornikiem.
Po chwili pojawił się jakiś ważniak z obstawą i zaczął zadawać dziwne pytania. Przedstawił się jako Urgeat. Był to typ człowieka, którego możesz albo natychmiast zabić albo powiedzieć mu to, co chce usłyszeć. Powiedziałem mu co chciał usłyszeć. Dał mi znać, że o zgodzie na osiedlenie się decyduje lord tutejszej krainy, ale aktualnie jest zajęty, jego żona spodziewa się dziecka. Muszę czekać do porodu. Hmmm, czym on tam taki zajęty? Będzie współrodził z nią? Nieważne, i tak straciłem apetyt nawet na najwspanialszy kawałek ziemi w tym regionie.
Ha! mam dziś szczęście i nieszczęście. Poród odbył się podczas naszej rozmowy! Oznajmiły o tym trzy dzwony, nie musiałbym czekać. Niestety nie był pomyślny. Znikam z tej smutnej wioski czym prędzej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz