Błąkam się po dziczy, starając się odnaleźć drogę do miasta. Zamiast tego odnalazłem grupkę bandytów. Obdartusy popełniły największy błąd swojego życia. Ich przedśmiertne konania zagłuszyły nieco odchodzącą w mojej głowie karczemną zabawę na 100 osób. Heh, okazało się, że w ich obozowisku znajduje się kucharz, będący ich zakładnikiem. Zaraz zaczął dziękować, że go uratowałem. Ale chwila, kto mu powiedział, że chciałem go ratować? Może i ja potrzebuję kucharza? Ha, teraz będziesz moim niewolnikiem! Gotuj mi tu zupę! - chciałem rzec, ale nim się obejrzałem gdzieś wyparował. Pewnie to był kolejny duch, jakich tu dziesiątki widuje.
Dalej się włóczę. Ciągle pada. Odnalazłem jaskinię w której mógłbym się ogrzać, ale po krótkich oględzinach okazało się, że zamieszkaną przez niedźwiedzie. I miałem takie dziwne uczucie, że już tu niedawno byłem, śmiało rzuciłem się do walki z nimi i zostałem powalony jednym uderzeniem wielkiej, włochatej łapy. Deja vu chyba skrybowie nazywają to uczucie, albo szybkowrót z przyszłości? Jakoś tak. Zresztą, przypomniałem sobie, słowa jednego wielkiego wojownika z krain północnych. Wiecie, górzyste zimne tereny, wszyscy chodzą w hełmach z rogami i takie tam. Nosił, o ilę się nie mylę, imię Ulfric. Ale mniejsza z tym. Twierdził, że w jego krainie niedźwiedzie są twardsze od samych smoków. Co prawda ciężko było mi w to uwierzyć, ale nie brzmiał jakby żartował.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz