Czuje się, jakby w mojej głowie odchodził coroczny festyn. Ale
mniejsza z tym, dzikusy to pikuś przy tym co zobaczyliśmy po wyjściu z jaskini.
Jakaś banda religijnych szaleńców odstawiała szopkę na polanie. Kapłan ubrany w
ciuszki, których nie powstydziłaby się niejedna kurtyzana z stancji „Różowy
Rubin” pieprzył coś o jakiejś Pani, Kluczach i Drodze. To nic! Najlepsze było
potem: trójka ślepo zapatrzonych w niego wyznawców, którzy pewnie zawczasu za
ten wspaniały wykład zapłacili wypchanymi po brzegi sakwami, oddała hmm… swoje
niebieskie jestestwo? czemuś co przypominało wielki młynek do kawy, albo moździerz
w tym nowym krasnoludzkim swaghh stylu. Tak przy okazji to polecam topory w
swaghh stylu, aż chce się rąbać takim cudeńkiem od świtu do zmierzchu!
A potem zdarzyło się coś, o czym wolę nie mówić. Fala ciepła
rozgrzała moje ciało do granic bólu, padłem nieprzytomny. A potem ten sen. Był
tam ten kaznodzieja za pięć sztuk złota. I rzeczywistość. Calisca i Heodan
leżeli martwi i poskręcani jak myszka i kabel od laptopa w plecaku aj… słyszę
głosy w mojej głowie. Czy to ty ciociu Helothgo?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz